Historia mojej rodzinnej wsi zaprowadziła mnie na scenę największej konferencji genealogicznej. Nigdy nie przypuszczałam, że spotka mnie taki zaszczyt.
Podczas GENEAMI w Brzegu mogłam opowiedzieć o bieżeńcach z Woli Obszańskiej licznemu gronu genealogów, regionalistów i historyków. O ludziach, którzy w 1915 roku opuścili swoje domy, i o śladach ich losów, które po ponad stu latach próbuję odnaleźć.
Ta historia jest mi szczególnie bliska. Dotyczy miejsca, z którego pochodzę, i społeczności, której częścią była moja rodzina. Nazwiska zapisane w dokumentach znam od dzieciństwa. Dopiero podczas poszukiwań odkrywam jednak wydarzenia z życia tych rodzin, o których wcześniej nie miałam pojęcia.
Wszystko zaczęło się od aktów metrykalnych
Pamięć o bieżeństwie właściwie nie zachowała się w mojej rodzinie. Pierwsze ślady znalazłam w księgach parafii Obsza. Zaczęłam natrafiać na akty sporządzone już po wojnie, które opisywały narodziny i zgony w odległych miejscowościach w Rosji.
Jednym z takich zapisów był akt dotyczący Andrzeja Padjaska. Chłopiec urodził się 10 listopada 1915 roku w Rosji, ale został ochrzczony dopiero 14 maja 1922 roku w rodzinnej parafii swoich rodziców w Obszy. Inne dokumenty opowiadały o osobach, które do domu już nie wróciły. Ich śmierć zgłaszali po latach ocaleni bliscy.
Kiedy podobnych zapisów przybywało, zaczęłam zadawać sobie pytania: ilu mieszkańców mojej wsi wyjechało? Dokąd trafili? Jak długo pozostawali z dala od domu i co ich tam spotkało?
54 rodziny, 242 osoby – historia jednej wsi
W trakcie wystąpienia pokazałam, jak od pojedynczych zapisów w księgach metrykalnych można przejść do odtwarzania losów całej społeczności.
Z odnalezionego spisu wynikało, że w 1915 roku Wolę Obszańską opuściły 242 osoby tworzące 54 rodziny. To niemal jedna czwarta mieszkańców liczącej wówczas około tysiąca osób wsi. Ta liczba pozwoliła mi zrozumieć skalę wydarzeń, po których w rodzinnej pamięci pozostało tak niewiele śladów.
Ich wyjazd był częścią bieżeństwa – masowego uchodźstwa w głąb Imperium Rosyjskiego podczas I wojny światowej. Opowiadałam o strachu przed zbliżającym się frontem, przymusowych wysiedleniach i trudach podróży. Przede wszystkim chciałam jednak pokazać, jak szukać konkretnych ludzi, których objęły te wydarzenia.
Co dokumenty mówią o życiu na wygnaniu?
Ważną część mojej prelekcji stanowiły materiały Centralnego Komitetu Obywatelskiego Królestwa Polskiego, organizacji niosącej pomoc uchodźcom. Pokazywałam spisy wysiedlonych i karty rejestracyjne dzieci oraz wyjaśniałam, jak różne rodzaje dokumentów mogą się wzajemnie uzupełniać.
Niektóre wykazy wymieniają jedynie głowę rodziny, a pozostałych domowników ujmują liczbowo. Inne podają imiona i nazwiska wszystkich członków rodziny, ich wiek, wyznanie oraz miejsce pochodzenia i pobytu. Szczególnie cenne okazują się rubryki z uwagami. To właśnie tam odnajduję informacje o rozdzielonych rodzinach, chorobach, śmierci bliskich czy dzieciach pozostających pod opieką krewnych.
Jednym z przykładów była karta trzynastoletniego Józefa Padjaska. Jego ojciec przebywał na wojnie, matka na robotach w Prusach, a chłopcem opiekowała się babka Zofia. Józef nie wiedział, czy rodzice jeszcze żyją. Na dole dokumentu zachował się jego własnoręczny podpis.
Ogromne wrażenie zrobiły na mnie również karty dzieci zagubionych podczas bieżeństwa. Pięcioletnia Wiktoria nie znała swojego nazwiska ani imion rodziców. W jej karcie zapisano po prostu: „Znaleziono ją”. Takie dokumenty pozwalają zobaczyć za liczbami i wykazami konkretnego człowieka – w tym przypadku małe dziecko, które utraciło kontakt z najbliższymi i niemal całą wiedzę o swoim pochodzeniu.
Powrót nie kończył tej historii
Opowiadałam także o powrotach i próbach odbudowania życia w rodzinnej wsi. Po latach nieobecności trzeba było znaleźć dach nad głową, odtworzyć gospodarstwo i uporządkować sprawy urzędowe. Właśnie wtedy w miejscowych księgach pojawiały się zgłoszenia narodzin i zgonów, do których dziś docieram podczas badań.
Niektóre sprawy ciągnęły się jeszcze długo po powrocie. Śmierć Ignacego Rozmyślaka, zmarłego w 1916 roku we wsi Czełno-Wierszyny, jego syn zgłosił w parafii Obsza dopiero w 1927 roku. Trzy lata później Marianna Gil wystąpiła o sądowe stwierdzenie jego śmierci. Sam zapis parafialny nie wystarczył do uregulowania spraw majątkowych.
Na takich przykładach chciałam pokazać, dlaczego w poszukiwaniach warto wychodzić poza metryki i łączyć informacje z różnych źródeł. Każdy kolejny dokument może dopowiedzieć coś, czego nie znajdziemy w pozostałych.
Ze sceny do dalszych poszukiwań
Ogromnie się cieszę, że mogłam podzielić się tym, co odkrywam. Sam występ był wspaniałym doświadczeniem, ale nie spodziewałam się tak wielu reakcji na moją prelekcję. Rozmowy, wymiana doświadczeń i materiały, które mogą pomóc w dalszych poszukiwaniach – to wszystko zostanie ze mną na długo.
Badania genealogiczne to wiele godzin samodzielnej pracy z dokumentami. Tym bardziej cenne są spotkania z osobami, które zajmują się podobnymi tematami, dzielą się własnymi odkryciami i podpowiadają, gdzie jeszcze warto zajrzeć. Z Brzegu wróciłam z kolejnymi tropami i jeszcze większą motywacją do pracy.
Dziękuję każdemu, kto podszedł, podzielił się swoją historią lub dorzucił kolejny trop. Moje wystąpienie było podsumowaniem pewnego etapu badań nad losami mieszkańców Woli Obszańskiej. Ta historia wciąż ma jednak wiele luk, które mam nadzieję stopniowo wypełniać – i opowiadać o kolejnych odkryciach również tutaj.
Jeśli chcesz obejrzeć moje wystąpienie, nagranie znajdziesz tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=F7h3atgjja4&list=PLBb-O7i4V8JQ&index=3&t=2688s Zacznij oglądać od 41 minuty.
Kilka wspomnień z GENEAMI w Brzegu















